Jak pokochać to, co znienawidzone?
- Wero Zel

- 23 cze 2024
- 3 minut(y) czytania
Pokochać to, co w sobie znienawidzone, to zadanie okrutnie trudne, podobno wykonalne. Zaakceptować, pogodzić się - jasne, żaden problem. Zaledwie kilka lat pracy, szczypta rezygnacji i mamy to! Jednak pokochać, to coś z zupełnie innej półki. Tej wysoko. Tej, której nie sięgasz. Tej, na której błyszczą i kuszą najlepsze łakocie i przyjemności.

Ta cholerna półka na samej górze sklepu z lepszą samooceną wabi wizją lepszego życia, czaruje obietnicą nieskończonego szczęścia, mami byciem nie lepszą wersją siebie, lecz byciem sobą z najodważniejszych snów. Pytanie jednak nie brzmi, czy te miraże mogą stać się prawdą, ale raczej czy w ogóle chcemy spróbować po nie sięgnąć.
Czy to część ciała, czy cecha charakteru, większość (choć czuj mi mówi - każdy/a) z nas ma w sobie coś, czego nie znosi każdą jedną komórką ciała. Coś, co sprawia, że każdego dnia czujemy się gorsi od innych, ale też od wyobrażenia o sobie. Coś, co nie pozwala nam żyć życiem, jakiego dla siebie chcemy. Czasem jest to obiektywnie występujący fakt, czasem nasze urojenie, bo w końcu jesteśmy najbardziej surowymi swoimi krytykami. Czasem faktycznie nam nasza "ułomność" przeszkadza, czasem wmówiono nam, że powinna.
Moje dwa "wielkie problemy", które od zawsze hamowały mnie przed po prostu byciem sobą wpadają w obie z dwóch ostatnich kategorii. Obie są prawdziwe. Żadna nie jest urojona. Z jedną nauczyłam się żyć, lecz nadal chcę ją zmienić. Druga, ha, drugą w końcu dumnie noszę jak swoje ID.
Ta druga to mój charakter. Dokładniej jego jedna podstawowa cecha - nerwowość, choć dziś nazywam ją raczej emocjonalnością. Od zawsze tak strasznie problematyczna dla wszystkich wokół mnie, a w efekcie i dla mnie. Uczona, że moja porywczość i emocjonalność to wada. Przeszkoda w byciu prawdziwie dorosłą, czego według moich wyobrażeń oczekiwano ode mnie już w dzieciństwie. Trudność, którą biedni ludzie stykający się ze mną w swoim życiu, muszą znosić.
Mojej nerwowości nie cechowała stała wartość w trakcie mojego życia. Zdecydowanie wspięła się ona na wyżyny w wieku 20-32 lat. Te trudne dla mnie lata zaburzyły moje postrzeganie tej części mnie. Sprawiły, że uwierzyłam w swoją problematyczność i mniejszą wartość spowodowaną po prostu tym, kim jestem. Jednak w tym czasie ta cecha była przerysowana, z wielu różnych powodów. Po latach pracy nad tymże w końcu dotarłam do swojego constans. Constans. które wcale nie oznacza oceanu spokoju i kompletnej obojętności. Nie oznacza także wzgardy dla siebie, jaką byłam, i jaką jestem.
Dziś wiem, że emocjonalność jest częścią mnie i za nic nie chcę jej stracić. To dzięki niej ekscytuję się małymi rzeczami w życiu. To ona pozwala mi walczyć o to, co dla mnie ważne. Ona sprawia także, że czuję mocniej i głębiej. Kolory mojego życia są bardziej nasycone dzięki niej, a kontrast podkręcony. I tak jak wiem, że może to być męczące dla innych, tak ja szczerze polubiłam właśnie tę, ponoć trudną, cechę mojego charakteru i mam szczerą nadzieję, że nigdy się w tej kwestii nie zmienię.
Co do sprawy pierwszej, no cóż, tutaj nie jest tak różowo. Tutaj chodzi o moje ciało, moją tuszą, a dokładnie, o mój brzuch. Mój bambol, jak o nim mówię w wyrazie półakceptacji, to źródło moich ciągłych dołów, wstydu i wycofania. To on sprawiał, że nie chciałam jeździć na kolonie czy obozy młodzieżowe. To on do dziś sprawia, że wyjście na plażę ze znajomymi to dla mnie akt odwagi. To przez niego całe życie marzy mi się dumne kroczenie przez miasto w crop topie i niskich jeansach (dziecko lat 90, dziękuję bardzo).
Zanim ktoś wyskoczy ze wspaniałymi poradami dietetyczno-fitnessowymi, serio, próbowałam wszystkiego i nadal nad tym pracuję. Zdecydowanie jest to projekt mojego życia. Po prostu nie jest to tak proste, jak tym, co z nadwagą się nie mierzyli przez całe życie. Uwierzcie mi.
Jednak podczas pracy nad zmianą wyglądu części ciała, która sprawa, że chce mi się na przemian płakać i wymiotować na jej widok, nadal staram się przynajmniej ją zaakceptować. Przecież ten bambol nadal tam będzie, prawda? Nieważne jak szerokie na siebie ubrania założę, jak bardzo będę się garbić - on tam jest. Co jednak mogę zmienić dziś, w tej chwili, to przestać mu pozwalać kierować moim życiem. Nie pozwolę mu więcej rezygnować z aktywności, nie opalać się na plaży, nie cieszyć się seksem czy nie ubierać tego, co chcę. Jeszcze mi to nie przychodzi ze stuprocentową pewnością, ale zmierzam w dobrym kierunku. Jeszcze parę długich lat mam zamiar tu być, tak więc mam czas. Dojdę tam, gdzie chcę.
Mam nadzieję, że Wy też. I że po drodze polubicie siebie, choć nieco bardziej. Niezmienionych.
xoxo
wero














Komentarze