Kto się boi hormonów, czyli burza na horyzoncie
- Wero Zel

- 29 wrz 2022
- 4 minut(y) czytania
Wszyscy je mamy, na wszystkich nas wpływają, i (chyba oraz prawie) wszyscy się ich wstydzimy. Hormony, bo o nich mowa, to niezaprzeczalna część naszej codzienności, co nieraz boleśnie odczuwają przede wszystkim kobiety. Dlaczego zatem tak bardzo o nich nie chcemy mówić? Dlaczego tak często negujemy ich wpływ na nasze samopoczucie? Co najważniejsze, dla mnie w tym przemyśleniu, dlaczego wstydzimy się tego wszystkiego, co przecież tak bardzo naturalne?

Gdy mówimy „hormony”, najczęściej myślimy „kobiety”. To nieuniknione skojarzenie, gdyż jak wszyscy wiemy, to właśnie my, kobiety, mamy z nimi największe cyrki. Wcale nie musimy mieć chorej tarczycy, czy przyjmować leków hormonalnych, by w swoim życiu odczuwać huśtawkę fizjologiczne-emocjonalną związaną ze zróżnicowaniem poziomu hormonów w organizmie. Co miesiąc walczymy ze zmęczeniem, obniżonym samopoczuciem, beznadziejną samooceną czy puchnięciem całego ciała w takiej skali, że wydaje się, iż musimy mieć osobną szafę z ciuchami na tych kilka dni. Dzięki, hormony. Jest świetnie z tym wszystkim. Nikt nas nie pytał, czy chcemy być akurat kobietami i czy życzymy sobie takiego wpływu na nasze życie, poprawka, nawet nie co miesiąc, ale w sumie to ciągle. Mało tego, jesteśmy jeszcze za to oceniane, raczej niezbyt pozytywnie.
Która z nas nigdy nie usłyszała tekstu, przy którym dłoń aż swędzi od wymierzonego w głowie plaskacza: a ty co, okres masz? Przez większość swojego życia jesteśmy uczone wstydu i reakcji wycofania na jakiekolwiek wzmianki à propos naszej fizyczności, nie daj boże czegoś tak okropnego, jak miesiączka. Gdy do tego ktoś zarzuca nam, że jesteśmy nieokrzesane, drażliwe, niecierpliwe, bo właśnie mamy okres, to wstyd i upokorzenie mają być podwójne. Pardon, potrójne. Primo, za to, że w ogóle takie dni nas dopadają, a przecież silnych dobrych najlepszych zdrowych takie obrzydlistwa nie dotyczą. Secundo, za to, że mamy czelność przerzucać swoje cierpienia na otoczenie, które nie chce mieć nic wspólnego z tą nieczystą i irytującą stroną kobiecości. Terzo, za to, że jesteśmy tak żałosne, że dajemy temu wszystkiemu władzę nad swoim ciałem i umysłem. Zamiast walczyć o spokój, łagodność, dajemy upust swoim emocjom. A emocje, wiadomo, jak hormony, są kobiece, ergo — słabe i niepotrzebne.
Wiecie co? Przez lata walczyłam z tymi wszystkimi emocjami, starałam się zadowolić otoczenie i być „grzeczną” (choć tu pewnie wielu ludzi, którzy mnie znają, aż się zaśmieją po cichu — uwierzcie mi, to była moja wersja łagodności). Co mi to dało? Jeszcze więcej kretyńskich komentarzy, jeszcze mniej kontroli nad sobą, jeszcze więcej rozpaczy i nienawiści do niesprawiedliwości świata, że pozwolił min się urodzić z tą gorszą, słabszą, kłopotliwą płcią. Wieczna walka z tym, co nieuniknione, co naturalne i wręcz zdrowe to codzienność tak wielu dziewczyn i kobiet.
Nie jest procesem łatwym i szybkim wyzbycie się takiego myślenia o sobie, swojej cielesności, emocjonalności. To lata walki z samą sobą, z kumplami, ale i z koleżankami, które w głowy mają wciskane, że bycie bardziej „męską” jest bardziej „cool”. To czas spędzony na budowaniu w sobie odwagi, by o społecznym tabu po prostu mówić. By odkrywać to, co cielesne i nie raz, owszem, tak, obleśne, przed innymi. To przekonywanie samej siebie, że to, co mnie spotyka każdego dnia czy każdego miesiąca to nie tylko naturalne, to wręcz szczęście, bo jest oznaką zdrowego, dobrze funkcjonującego organizmu. Organizmu, jaki wiele innych dziewczyn chciałoby mieć, a niestety zamiast tego zmagają się z chorobami, zakażeniami, dysfunkcjami, etc.
W wieku 36 lat mogę powiedzieć śmiało, że w końcu nie wstydzę się nie tylko mówić o tym wszystkim, lecz prawdziwie, szczerze, z głębi serca stwierdzam, że akceptuję swoją płeć oraz konsekwencje, jakie ona mi przynosi, i nie postrzegam tych wszystkich wcześniej wymienionych aspektów jako swoją słabość. Mam gorsze dni kilka dni przed okresem, kiedy najchętniej bym tylko spała, jadła i czasem płakała, a jeśli ktoś się napatoczy, na kogo mogłabym nawrzeszczeć, to super. Jest tydzień każdego miesiąca, gdy zachowuję się jak w fazie maniakalnej, kiedy widzę się jako nowe oblicze Ateny — mądra, piękna, silna, sprawiedliwa. Są też dni tak zwane „normalne”, gdy wyobrażam sobie, że tak przez większość czasu czują się mężczyźni — po prostu w miarę dobrze, bez ekscesów. No i co, sprawia to, że jestem gorsza, słabsza, niej warta?
Nosz cholera, jasne, że nie! Każdy, kto mi to chociażby zasugeruje, niech się cieszy, że nie musi przechodzić takiej huśtawki miesiąc w miesiąc, przez większość swojego dotychczasowego życia. Mam do tego wszystkiego jeszcze zadowalać ludzi wokół? Po moim słabym kobiecym trupie! Jasne, hormony nie są, nie mogą być, wymówką dla ordynaryjnego chamstwa, braku empatii czy psychopatycznego wyżywania się na bliskich. Jednak są wytłumaczeniem i naturalnym, zdrowym powodem zmian nastrojów, niechęci do przebywania z ludźmi, czy też wręcz przeciwnie, do nadaktywności społecznej.
Odczarujmy zatem hormony. Cieszmy się, że je mamy. To wyraz sprawnego funkcjonowania naszego ciała, a przecież to takie modne (jeśli już nie dociera argument o zdrowotności). Wszystkim nadal walczącym życzę siły, by przestać i żyć w zgodzie ze swoim ciałem. Wszystkim negującym życzę poddanie się nieco swoim emocjom od czasu do czasu — to serio może być oczyszczające i po prostu przyjemne.
To rzekłszy, idę szukać jakiegoś bezdennie głupiego, ale równie mocno ładnego i wzruszającego „babskiego” filmu. Bo zgadnijcie, kogo hormony gonią.
Wero 💋
P.S.
Następnym razem, zanim zapytasz kobiety "czy ma okres, czy co" to wiedz, że nie jest to upokarzające dla niej, tylko dla Ciebie. Do tego zastanów się, czy okres to jedyne potencjalne źródło złego nastroju? A może coś w jej życiu zadziało się tragicznego i jesteś właśnie strasznie pozbawiony/a empatii i delikatności? A może po prostu wszystko było okej, zanim Ty nie zadałeś/aś tego pytania? Eureka, co?








Tak sobie myślałem do tej pory, patrząc na zdjęcia autorki: takie fajne i dojrzałe teksty pisze ta 20-latka! A dzisiaj czytam, że to pisze dojrzała kobieta!?
Poza tym to niczego nie zmienia, fascynujący blog, choć jako mężczyzna chwilami czuję się tu jak podglądacz...