In vitro - nasza wspólna sprawa
- Wero Zel

- 9 paź 2022
- 6 minut(y) czytania
Dlaczego temat in vitro dotyczy nas wszystkich, nawet jeśli sobie z tego nie zdajemy sprawy? Jak bardzo to zagadnienie wpływa na nasze życie, naszą wolność i naszą przyszłość, nie tylko rodzinną, lecz także ekonomiczną i polityczną? Sama jestem zdziwiona, że to właśnie taki wątek stał się centrum mojego zainteresowania na tyle, że postanowiłam go ubrać w mniej lub bardziej zgrabne słowa.

Nigdy w moim życiu temat in vitro nie dotykał mnie ani osobiście, ani pośrednio. Nie znam (a przynajmniej nie wiem o tym, bym znała) nikogo, kto z takiej formy leczenia niepłodności by korzystał, albo miał dzieci tą metodą poczęte. Nigdy też nie musiałam się zastanawiać nad skorzystaniem z tejże, chociażby dlatego, że zostanie matką nadal nie stoi wysoko na liście moich życiowych priorytetów, wręcz uważam, że dla ludzkości lepiej by było, gdyby kompletnie taka myśl nie pojawiała się na mojej orbicie. A zatem, co mnie skłoniło do zatrzymania się na chwilę nad tym problemem? Dlaczego uważam, że nawet ja, nie-matka, nie-planująca, nie-lecząca niepłodność uważam, że dotyka on mnie dużo bardziej, głębiej niżbym przypuszczała.
W dniach 8-9 października, czyli taże dziś, gdy piszę ten tekst, we Wrocławiu odbywa się XIV Kongres Kobiet pod hasłem “Kobiety na rzecz pokoju, równości, klimatu i demokracji”. Jak pewnie wiecie, feminizm jest mi ideologią nad wymiar bliską, chociaż niestety dość koślawo się za nią zabieram (tu plany na zmiany, o tym innym razem), dlatego nie mogłam nie zainteresować się tegorocznym Kongresem. Dzisiejszy panel o nowym projekcie ustawy obywatelskiej w sprawie refundacji metody in vitro wpadł mi niejako mimochodem, gdyż pojawił się po prostu po wcześniejszym, żywo mnie interesującym, o mobbingu w miejscu pracy (tenże postaram się Wam zrelacjonować w innym wpisie, notatki zebrane, myśli jeszcze niepoukładane).
Mogłam wyłączyć relację Kongresu Kobiet na Facebooku, mogłam nie słuchać, mogłam iść na spacer z psem nad morze. Jednak coś mnie pokusiło, by przy tej dyskusji zostać i, co więcej, słuchać jej uważnie. Przyznam szczerze, że tym bodźcem była obecność pani Małgorzaty Rozenek-Majdan, której się tam absolutnie nie spodziewałam. Może głównie dlatego, że kompletnie się nie interesuję tak zwanymi celebrytami oraz ich działaniami, i dziś okazało się, jak wielki błąd popełniam. Ku mojemu zdziwieniu, pani Małgorzata jest fundatorką i prezeską fundacji MRM działającej na rzecz par, które leczą niepłodność i walczą o swoje szczęście związane z byciem rodzicem.
Pani Małgorzata sama była w takiej sytuacji, o czym, oczywiście nie wiedziałam, bo tak jak pisałam, życiem osobistym innych się kompletnie nie interesuję. Dzięki metodzie in vitro dzisiaj czerpie miłość i szczęście z bycia mamą trójki chłopaków. Co więcej, chętnie, z pasją i pracowitością dzieli się tym szczęściem, aktywnie wspierając działania na rzecz nie tylko refundacji in vitro, lecz także znormalizowania przekazu, detabuizacji tego tematu. Bardzo uderzającym było, gdy podczas panelu pani Małgorzata podkreśliła, jak wiele par zgłasza się do MRM Fundacji właśnie z prośbą o walkę na rzecz destygmatyzacji samej procedury, lecz także rodziców z niej korzystających i dzieci, które dzięki niej mogły się urodzić.

Wiemy, z jakim rządem, w jakim kraju mamy do czynienia. Wiemy, co wielu myśli lub “tylko” głosi na ten temat. Dlatego nie będę tych obrzydliwych słów tu przytaczać, bo nie ma co złu dawać kolejnego forum do głoszenia swoich toksycznych “prawd”. Powtórzę tylko za panią Małgorzata: nie tylko wyborcy aktualnej władzy, lecz także sami jej politycy posiadają dzieciaki urodzone za pomocą metody in vitro. Metody, przeciwko której teraz głosują. Nic więcej nie trzeba dodawać.
Okej, to jak już mieli moją atencję, niespodziewanie dla mnie, to jak doszłam do tego, że temat ten jest nie tylko ciekawy ze względu na pokazanie kolejnej dogłębnej niesprawiedliwości społecznej w Polsce? Punktów styku nałapałam kilka, wszystkie bardzo ważne, wszystko sięgające głęboko w poczucie własnej godności, ale też tego, kim jesteśmy, gdzie żyjemy i jaką mamy przyszłość przed sobą, którą będziemy dzielić z ludźmi wokoło. Z ludźmi, którym odbieramy ich prawa, ich wolność, ich godność.
Właśnie na tym się opiera cała debata o dostępie do metody in vitro. Na naszej wolności i godności. Nie mając wolności decydowania o tworzeniu swojego małego świata, o kreowaniu swojego szczęścia, tracimy cząstkę siebie i mocno nadwyrężamy poczucie własnej godności. Bo kto z nas czuje się godnie, dumnie, gdy to inni o nas decydują? Gdy odbiera nam się głos i możliwości dostępne dla innych, tak niedaleko?
Metoda in vitro, której wynalazca dostał nagrodę Nobla, nadal przez wielu jest postrzegana jako bezbożna, nieetyczna, diabelska wręcz ingerencja w naturę, w człowieka. Jak widać, nawet jedna z najbardziej prestiżowych nagród na świecie tego nie zmieniła. Nawet nie dekady badań nad metodą, nie dekady udanych procedur. Nie tysiące, miliony chcianych, wyczekanych, kochanych dzieci, urodzonych dzięki tej metodzie.
Ludzie ci, są tymi samymi, którzy odbierają nam prawo do równej edukacji, do równego wynagrodzenia, do bycia wolnym i wolną od seksizmu, mobbingu, jakiejkolwiek formy dyskryminacji. To ci sami ludzie, co zabraniają nam decydowania o naszym ciele, przeciwko czemu maszerowałyśmy, nie raz, nigdy same. To również ci sami ludzie, którzy sami dają sobie te wszystkie prawa, których nam odmawiają. I nie widzą w tym problemu. Widzą w tym jedynie naturalne przedłużenie swojej wyższości, tak iluzorycznej, tak bardzo istniejącej tylko w ich ciasnych umysłach.
Uświadomiłam sobie także, że temat in vitro dotyczy mnie także bezpośrednio. Przecież nie żyję w próżni, wiem, że taka procedura istnieje, wiem także, że jest okrutnie droga (od 12 tysięcy PLN w górę za jedną samą implantację, która nie musi się udać), a więc dla większości niedostępna, a także że jest powszechnie piętnowana ze względu na aktualny klimat polityczny w Polsce. Nie wiedziałam natomiast, że zabieg ten nie jest refundowany na szczeblu krajowym, jedynie niektóre samorządy lokalne wprowadzają swoje autorskie programy. Nie wiedziałam, że to właśnie nie samorządy powinny się tym zajmować, lecz rząd centralny, który, czego także nie wiedziałam, w niektórych przypadkach wspiera takie lokalne inicjatywy, lecz oczywiście tam, gdzie rządzą swoi. Wiedziałam natomiast, że in vitro to przecież forma dbania o dzietność w kraju, aktywne przeciwdziałanie starzeniu się społeczeństwa, opieka państwa nie tylko nad człowiekiem i rodziną jako jednostkami, lecz także nad sferą gospodarczą i ekonomiczną, i to z dalekosiężnymi efektami. Nie zastanowiłam się nigdy nad tym, że in vitro to forma LECZENIA niepłodności. Leczenia. Leczenia, którego nam się odmawia, zostawiając nas na pastwę choroby trawiącej nasze ciało, oplatającej naszą psychikę i często niszczącej nasze związki.
Dopiero dzisiaj, dzięki panelowi Kongresu Kobiet połączyłam swoją postawę wobec badań płodności z brakiem refundacji metody in vitro w kraju. Już dawno zadziwiająco rozsądnie jak na mnie, za namową znajomej, postanowiłam zrobić badanie swojej płodności. Lubię wiedzieć, po prostu. Jednakże oczywiście nigdy tego nie zrobiłam. Z lenistwa, ze strachu? Tak, lecz nie rozumiałam tego strachu do końca. Zrozumiałam go teraz. Co, jeśli wynik nie będzie wesoły, a mój pogląd na zostanie matką się zmieni? Do tego, mając 36 lat, jestem świadoma, że czas nie działa na moją korzyść w tej kwestii. Co dalej? Jak przyjąłby tę wiadomość mój partner? Co moglibyśmy zrobić? Jak trudna droga by była ewentualnie przed nami? I, co równie ważne, czy byłoby nas stać na tę podróż?

Tu dochodzę do sedna. Będąc kobietą już nie w idealnym wieku rozrodczym (nienawidzę tego słowa rodem z hodowli), jednakże uprzywilejowaną, bo zdrową, w zdrowym związku ze wspierającym partnerem, o stosunkowo dobrej sytuacji materialnej, o umyśle otwartym na wszelkie rozwiązania, a zamkniętym na bezpodstawną nienawiść i bycie ocenianą za moje wybory, wiem także, że byłabym sama. Sama, bez wsparcia państwa, któremu powinno zależeć na tym, abym nawet ja miała dzieci. Państwa, którego boję się na tyle, że chyba wręcz bym nie chciała, by wiedziało, że jestem w ciąży, bo nie wiem, jak by mnie potraktowało. Nie wiem, na jak wiele lub niewiele, zostałoby moje zdrowie i życie wycenione. Ile wolności by mi odebrano w imię ideologii tak mi obcych.
Efekt? Nie badam się, a więc nie wiem. Nie wiem, a więc nie podejmuję działań. Nie podejmuję działań, a więc nie mam kontroli. Nie mam kontroli, a więc nie jestem wolna. Nie jestem wolna, a więc moja godność cierpi. Brzmi znajomo? Brzmi jak początek tego wywodu? To już wiecie, dlaczego tematy pozornie nam dalekie, bardzo często bardzo głęboko wchodzą w nasze życie, czy sobie z tego zdajemy sprawę, czy nie. Bądźmy świadome i świadomi, dbajmy o siebie, dbając o wolność i godność każdej i każdego z nas. Nie odbierajmy sobie tego sami. Nie dajmy sobie tego odebrać.
Wero ❤️
WAŻNE OGŁOSZENIE
Wszystkich chętnych do podjęcia aktywnej działalności na rzecz wsparcia obywatelskiego projektu ustawy o refundacji in vitro zapraszam do śledzenia strony MRM Fundacja oraz Stowarzyszenie Nasz Bocian, które wyjadą w Polskę z rzeczonym projektem, by zbierać pod nim podpisy. Na chwilę obecną projekt ustawy znajduje się w Sejmie, czeka na decyzję marszałkini Witek. Gdy tylko dostanie on zielone światło, wspomniane strony opublikują informacje o planowanych wydarzeniach, lecz także formularz do zbierania podpisów. Wydrukuj i zbieraj wszędzie, gdzie możesz. Przekonuj, że ten temat dotyczy nas wszystkich. I pamiętaj: nigdy nie będziesz sama. ✊ Ty, chłopie, też nie. 😎
Video zapisy z paneli Kongresu Kobiet znajdziecie tutaj.
Strona Kongresu Kobiet, od czerwca 2009 roku społecznie i politycznie aktywizującego kobiety w Polsce.
Strona MRM Fundacja, prowadzącej wolontariat, inicjującej i wspierającej szkolenia, działającej na rzecz wyrównania dostępu do in vitro.
Strona Stowarzyszenia Nasz Bocian, od 20 lat działającego na rzecz dostępności i wiedzy o metodzie in vitro, oraz ich profil Facebook.








Komentarze