Ciało moje, a Twoje
- Wero Zel

- 6 lis 2022
- 3 minut(y) czytania
Przyjaciółka kiedyś dowiedziała się, nie pamiętam skąd, nie pamiętam w jakim kontekście, że niektórzy (okej, umówmy się, bardziej niektóre) wciągają brzuch, by szczuplej wyglądać. Przytaknęłam. Nie miałam odwagi się przyznać, że całe przez swoje życie idę ze wciągniętym brzuchem. Nadal ciężko mi to przyznać. Kochana, jeśli to czytasz, a ponoć to robisz, to już wiesz, i przepraszam, że nadal nie mam odwagi Ci tego powiedzieć wprost, choć rozmawiamy dużo i dogłębnie.

Dlaczego nie mam tej miniaturowej wersji odwagi? Dlaczego, nie dość, że się wstydzę własnego ciała, to się wstydzę tego, że się go wstydzę? Przecież to jest incepcja paranoi. To życie w ciągłym napięciu, nieszczęściu i strachu przed byciem złapaną na gorącym uczynku próby sprostania własnym wymaganiom. Wstyd bierze się z tego, że ta próba to wcale nie odważne i wymagające zmierzenie się ze swoim ciałem, jego ułomnościami i jego ograniczonymi możliwościami. To nie żadna pokrzepiająca historia cudownej metamorfozy zainicjowanej złym stanem zdrowia, chęcią przemiany dla bliskich, czy też znalezienia w sobie siły na posiadanie takiego ciała, o jakim zawsze marzyłam. Albo, które zostało mi wtłoczone w głowę jako jedyne właściwe, ale to już zupełnie inna opowieść. Nic z tych rzeczy. Moja próba to tchórzliwe podejście bez jakiegokolwiek wysiłku, które nie kończy się żadnym realnym efektem, lecz jedynie żałosnym małym trudem bez znaczenia.
Nie tylko nie osiągam swojego prawdziwego celu, którym jest inne ciało, lecz sabotuję sama siebie poprzez aktywne poniżanie się w swoich własnych oczach. W efekcie buduję w swojej głowie poczucie, iż poniżona jestem w oczach całego świata, nie zważając na fakt, ze świat przecież nie patrzy. Dlaczego nie patrzy? Bo jak ma patrzeć na kogoś, kto wciąga brzuch, nawet w samotności, o którą obwiniam wciąganie brzucha...
Tak właśnie zamyka się koło paranoi wokół własnego ciała. Paranoi, która gdyby prowadziła tylko do takich obsesyjnych myśli, to by jeszcze nie było źle. Lecz paranoja ta idzie ramię w ramię z bulimią, z depresją, z tworzeniem problemów w związku, z brakiem zaufania do ludzi i do ich pozytywnego odbioru mojej osoby. Ta paranoja sprowadza życie do ciągu poszukiwań złych intencji, niedopowiedzeń, negatywnego oceniania oraz wiecznego porównywania się, z czym i z kim tylko mam okazję. Mam dość aktywnego szukania kogoś rzekomo lepszego ode mnie.
Super luzacko ubrana laska w pobliskim Kerfie z zajebistymi kręconymi włosami w stylu prawie afro, wielkimi acetonowymi oprawkami okularów korekcyjnych (od razu mi smutno, że mam dobry wzrok), idealnie dobranym denimem i z niesamowicie wyglądającą, a jednocześnie super praktyczną wielką torbą. Ta dziewczyna w kombinezonie koloru terracotta o gładkich czarnych mocno upiętych włosach, które okalają jej śniadą, piękną twarz, z nonszalancko zarzuconą kurtką i elegancką torbą cabas, którą (w przeciwieństwie do mnie) potrafi nosić bez wywoływania efektu babci. Ta ciemnoskóra kobieta w pięknie różowych spodniach z wysokim stanem i paskiem z tego samego materiału, idealnie podkreślającym jej oszałamiająco kobiece kształty. Ta boho gitarzystka o zniszczonej, naturalnie wyglądającej skórze, wychudzonym suchym ciele i zdredowaciałych włosach w nieładzie.
Każda inna. Każda piękna. Każda mnie zawstydzająca i doprowadzająca do rozpaczy.
To życie męczy. Nikt takiego życia dla siebie nie chce. Nikt nie wybrałby takiego obsesyjnego myślenia, gdyby tylko taki wybór miał. To jest w głowie, czy tego chcę, czy nie. Tego się nie kontroluje. To przychodzi, zapuszcza korzenie i grzebie głębiej, i głębiej, i głębiej aż się nie dogrzebie to pokładów rozpaczy.
Chciałabym mieć rozwiązanie. Chciałabym tu rzucić jakimś mniej lub bardziej błyskotliwym bon motem, dzięki któremu wszyscy poczulibyśmy się lepiej. I ci, którzy tak właśnie obsesyjnie myślą o sobie, a także ci, którzy teraz czuja się winni, że nie wiedzieli, iż ich bliscy przez taką codzienną gehennę przechodzą. Lecz nie mam takiego rozwiązania. Nie wiem, co robić w takich sytuacjach, nie wiem, jak sobie z nimi radzić. Wiem, że są i cenie sobie tę wiedzę, bo to już więcej, niż wiedziałam kilka lat temu.
Tymczasem zrobię coś, co często działa na podobne kryzysy, choć oczywiście tymczasowo. Pójdę spać. To miła alternatywa dla świadomego walczenia ze autosabotażem. Dobranoc, i pamiętajmy - jutro możemy spróbować pokochać się na nowo. Przynajmniej i aż spróbować.
Wero ❤️
Pisane w nocy








Komentarze