top of page

Mary i koszmary, nie zawsze senne

  • Zdjęcie autora: Wero Zel
    Wero Zel
  • 24 wrz 2022
  • 3 minut(y) czytania

Moje koszmary senne nie mają nic wspólnego z potworami, śmiercią i cierpieniem. Już nie. Dzisiaj moje koszmary to potwierdzenie, tego, co już na co dzień podskórnie czuję. To moja podświadomość mówi mi, że faktycznie, jestem niewystarczająca. Nie dość sprawna fizycznie, niezbyt miła dla oka, nazbyt pospolita, niekoniecznie bystra. Pod-wero przekazuje mojej świadomości, by przestała się łudzić. By pogodziła się z tym, co nieuniknione. Bym wiedziała, kim, jaka jestem i gdzie jest moje miejsce społecznej hierarchii. Nie tam, gdzie bym sobie to wymarzyła.



Dlaczego tak musi być, że najgorsze rzeczy, jakie myślimy o sobie, wypływają z nas w najmniej spodziewanym momencie, gdy nie mamy żadnej kontroli nad siłą tego strumienia, gdy nie jesteśmy w stanie sobie pomóc zmniejszając impakt zderzenia z falą samonienawiści? Czy to swego rodzaju choroby autoimmunologicznej naszej osobowości? Prowadzimy się na skraj przepaści, by poznać okrutną o sobie prawdę i pogodzić się z nią, lub poddać się całkowicie? Czy może wręcz przeciwnie, to nasz wewnętrzny trener, który czuwa nad naszą kondycją emocjonalną i wkracza na scenę, gdy ta, dawno nie ćwiczona, zaczyna zbierać leniwy tłuszczyk tu i ówdzie? Bo czyż taki mentalny kopniak od własnego mózgu nie może być motywatorem zrzucającym nas z kanapy, na którą samorozwój nie ma wstępu?


Owszem, jeśli jest to rodzaj kopniaka, to dość mocny i w czułe miejsce. Da się łagodniej, da się nie tak skrajnie, lecz czy jednocześnie da się tak samo skutecznie? Może to zależy od nas? Naszej osobowości, tego, co nas motywuje, głębokości zanurzenia w rozpaczy i autodestrukcji? Im głębsza nasza studnia, im mocniej trzyma nas za nogi szlam negatywnych przekonań o samych sobie, tym mocniej trzeba nas ciągnąć, tym większego siniaka trzeba nam zrobić?


Od wczesnego dzieciństwa koszmarami, które regularnie odwiedzały mnie nocami, były sny o wojnie, obozach zagłady, katowniach i syberyjskich zsyłkach. Takie obrazy przewijały się przez moją powierzchownie uśpioną głowę od wieku zbyt wczesnego, gdy rówieśnicy jeszcze nawet nie słyszeli o Medalionach czy Archipelagu Gułag, a gdy ja już lekturę miałam za sobą. Te sny nie były jednak tylko obrazami, były realnymi odczuciami, które zostawały ze mną na dłużej, niż następujący po nich dzień. Czułam strach przenikający każdą komórkę ciała, czułam dotyk ciężkich martwych ciał na sobie, czułam ostrość umysłu próbującego uratować ciało, w którym był uwięziony.


Sny te powróciły do mnie z nagłością i siłą tajfunu po 24 lutego 2022. Postawiły na baczność wszelkie pokłady instynktu samozachowawczego. Z pełną świadomością potencjalnych zniszczeń, jakie obrazy te mogą spowodować w mojej psychice, pilnowałam zdrowych nawyków przed spaniem oraz codziennych pór i rodzaju wiadomości z ukraińskiego frontu. Od ponad 30 lat wiem, jak sobie radzić z tymi snami, jak się na nie przygotować, jak pielęgnować rany, które powodują.


Teoria mówi, że tak samo powinnam być zaprawiona w bojach ze snami o samej sobie, o swojej wartości i jakości jako człowiek, jako kobieta. Przecież towarzyszą mi prawie równie długo, są mocno zakorzenione w mojej podświadomości, a regularność ich powrotów mogłaby ustawiać atomowe zegary. Dlaczego jednak sieją aż takie zniszczenie? Dlaczego nalotem napalmowym niszczą wszystko, co na swojej drodze napotkają? I co ważniejsze, dlaczego cholera jasna, fabryka tych snów, ale tez ich kompozytów mieści się w mojej głowie?


Moja wersja: bo mówią prawdę. Wersja mojej terapeutki: bo to moje podstawowe przekonania o sobie, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, ale mocno w nie wierzę całym swoim jestestwem, przez co są tak trudne to wyplenienia. Niczym obrzydliwy, tłusty chwast, rozrastający się w kosmicznym tempie, pozostawiający za sobą oślizgłą maź, z której nic nie jest w stanie się wydostać.

Jeszcze sobie z tymi, dla mnie prawdziwymi, przekonaniami o sobie nie poradziłam. Nadal pojawiają się w snach i niszczą moje samopoczucie, łamią samooceną i kładą się cieniem na relacjach. Jednak sam fakt, że wiem, czym są, skąd się biorą i że według wielu nie są prawdziwe, to dużo. Bez tego nawet nie wiedziałabym, gdzie zacząć walkę i że w ogóle powinnam się do niej zabierać. Bez tego dawno poddałabym się marazmie samooceny.


Wiedza to władza. Władza także nad sobą, nad swoim życiem. Wiedza bywa trudna, ale trudem zmieniającym naszą egzystencję w dobrą, a czasem nawet przyjemną. Taki trud witam z przekonaniem o jego wartości i podniesionym czołem.


Wero ✌️

2 komentarze


dagmarakb
dagmarakb
28 wrz 2022

och jak znajomo brzmi. dobra wiadomość, z czasem człowiek ma wywalone na wiele rzeczy i zaczyna siebie kochać. Uściski <3

Polub

monika.sak
25 wrz 2022

🤍

Polub
werozel.jpeg

Dzięki, że tu jesteś!

  • Instagram
  • Twitter
  • Pinterest
bottom of page