Życie na prochach
- Wero Zel

- 24 cze 2023
- 2 minut(y) czytania
Jest dobre. Jest na pewno lepsze niż bez nich. Przynajmniej dla mnie. Codzienność jest znośna, a czasem nawet przyjemna. Z łóżka da się wyjść i do niego nie wrócić do wieczora, a spotkania ze znajomymi okazują się kompletnie niemęczące. Zasypianie to już nie spacer po rozżarzonych węglach myśli, a cierpliwość do powolnego zaspokojenia swoich ambicji rośnie. Ale? Jedno duże. Po początkowym zachłyśnięciu się nową rzeczywistością nadchodzi przytłaczające pytanie: czy jestem coś warta, czy jestem znośna dla siebie i innych tylko, gdy chemicznie modyfikuję to, kim jestem?

Kim jestem w ogóle? Tą, która zanurza się w wygodę i miękkość depresji, smutku i żalu? Może jednak tą, której współczesna medycyna pozwala uwolnić się od trucizny, którą matka natura mi wlała w głowę? Czy którakolwiek z tych dwóch wersji jest prawdziwa? Co w sytuacji zmiany leku lub nawet dawkowania? Przecież to też wpływa na to, jak funkcjonujemy, kim jesteśmy dla siebie i świata poza naszą samoświadomością.
To wszystko przynosi nowy ból i nowe rozczarowanie sobą. W całkiem nowy sposób można dołożyć do, wydaje się, niekończącej się listy powodów, dla których powinno nas zabraknąć. Tylko że boli mniej. Bo na prochach.
Może jednak boli tak samo, tylko jeszcze tego nie wiemy. Jakkolwiek by nie było, nie zmieni to faktu, że życie wcale nie nabiera sensu dzięki leczeniu farmakologicznemu. Bez odnalezienia go w celach, marzeniach i działaniach odczucia nadal będą te same. Jedynie mniej nasycone.
Czy nie o to właśnie w farmakoterapii chodzi? By móc pozwolić sobie na takie poszukiwania? Przed działaniem jednak blokuje nas nowo odkryta jakość codzienności oraz strach przed marnymi efektami. Strach przed tym, co będzie, gdy okaże się, że nawet na prochach sensu nie znajdziemy, celu nie obierzemy, a każda z wybranych dróg będzie tak samo nudna, denna i bezwartościowa. Gdy okaże się, że nie potrafimy nadać wartości niczemu, bez względu na włożony wysiłek czy realny wpływ na losy świata. Gdy okaże się, na prochach czy bez nich, że wszyscy i tak tu jesteśmy po nic, a całe to leczenie to tylko kolejny samolubny przejaw zużywania cennych zasobów ziemi.
Nie oszukuję się, najpewniej tak właśnie jest. Tylko jeśli mam na tym świecie jeszcze pobyć parę, paręnaście, parędziesiąt lat, to jednak wolę się w tej przymuszonej egzystencji jak najmniej męczyć. Bez odpowiedniej dozy znużenia i apatii się nie obejdzie, jednak ilości te można ograniczać, a saturację odczuć przygaszać.

Takie życie jest mniej warte niż to prawdziwe, to nam dane, którego sami sobie nie wybraliśmy, aniżeli to, które sobie tworzymy za pomocą chemii i oszust wobec samych siebie? Skoro żadne nie jest zbyt wiele warte, to czy należy roztrząsać gdzie na skali wartości się one znajdują? Nie lepiej po prostu wrócić do cieszenia się jakością, łyknąć kolejną porcję w gorszy dzień i oszukiwać się dalej?
Na chwilę, lepiej. Na dłużej, nic to nie rozwiązuje. Na zawsze, bez różnicy. A więc tworzę dalej swą codzienność najlepiej jak na tę chwilę mogę, bojąc się przyszłości i tego, co ja w niej sobie sama przyniosę. Z nadzieją na odpowiedzi na pytania, które narastają. Bez nadziei na ich kiedykolwiek uzyskanie.
Wero 💊




















Komentarze